Praca Ani Łoskiewicz i Jacka Kołodziejskiego ma charakter instalacji zbudowanej z kinowych stendów, reklamujących różne filmy.
Estetyka tego rodzaju reklamy wabi nas na prosty chwyt przestrzennego złożenia planów. Najczęściej na takim stendzie widzimy bohatera filmu czy element obrazujący tytuł czy charakterystyczne wydarzenie z filmu lub ich syntezę. Aktorzy jawią się jak żywi a cała reszta wygląda jak ułamek scenografii - przedstawionej najczęściej w intensywnych kolorach. Oczywiście to wszystko z kartonu ustawionego w ciemnym holu przed wejściem do kina.
Łoskiewicz i Kołodziejski bez skrupułów wykorzystują tę "piękną" scenografię do zbudowania zupełnie nowego planu, tworząc przestrzenny kolarz, w którym już nie odnajdujemy wcześniejszych trójwymiarowych "zajawek" filmowych.
Wszystkie stendy zostają pomalowane na czarno, co odcina je od przypisanej funkcji i skutecznie nadaje dramaturgii. Gubimy się, próbując odczytać wydarzenia, początek i koniec. Cała akcja jest zabawą z formą, z naszymi przyzwyczajeniami. Kolorowe fotografie pozostają gdzieś tylko w domyśle. Czy artyści żartują z gwiazd czy z widza, stawiając go przed przestrzennym muralem abstrakcyjnego wydarzenia?
Cała praca składa się z kilkunastu stendów. Wszystko urasta do spektakularnego formatu - w zależności od zastanej przestrzeni - od kilku do kilkunastu metrów.
Łoskiewicz i Kołodziejski po raz pierwszy pracują razem, jednak to, co robią ma wspólny wyznacznik: związek ciała z przedmiotem.